Przeskocz do treści

Raz pies Fafik, choć leniwy
Wybrał się na ranny spacer
I choć raczej był leciwy
Przeszedł chyba ze dwa place.
Chodził, zwiedzał, medytował,
Nad swym życiem wciąż rozmyślał
Przed wrogami się nie chował,
Choć ich wcale mieć i nie chciał.
Kupił sobie kość –burgera,
Bo mu zaburczało w brzuchu.
W pieskim kinie szła premiera
O londyńskim, pieskim duchu.
Chciał już wstąpić po bilety,
Ale się powstrzymał w porę,
Bo zapomniał wziąć niestety,
Portfelika. Ja chromolę!
Nawet przeklął w uniesieniu,
Ale ruszył w dalszą drogę,
Będąc zaś na psim wzniesieniu
Niefortunnie zwichnął nogę.
Co za niefart? Co za pech?
Chyba gonią go nieszczęścia
Wtem usłyszał żeński śmiech,
I psią suczkę w pełni szczęścia.
Cóż to była za psia pani,
Aż mu ślina ciekła z pyska
Chciał koziołki fikać dla niej
Albo jechać na igrzyska.
Ani chybi, już w tej chwili
Fafik był w niej zakochany
I się bardzo myśląc myli,
Ten, kto myśli, że pijany.
Przyniósł damie swego życia
Bukiet kwiatów, smaczną kość,
Gotów byłby iść do kicia
By jej udowodnić miłość.
Lecz psia dama, jak kobieta
Zakochana była w Burku.
Głupia kość to nie podnieta
I już była na podwórku.
Biedny Fafik sam pozostał,
We łzach rzewnych i cierpieniu
Sam cierpieniu by nie sprostał,
Umarłby pod drzewem, w cieniu.
Lecz szedł człowiek i przypadkiem
Ujrzał płaczącego pieska
I choć było to wypadkiem
Wziął go. Dał na imię Czesław.
Piesek szedł otumaniony
Po suczkowym, pieskim koszu,
dostał pieskie karmy,
Pan zaś był zadowolony,
Dobrze mu patrzyło z oczu.
Taki morał z tej historii
Że wciąż w życiu się przeplata
Raz jesteśmy w psiej euforii,
A raz pech za nami lata.